Nigdy nie sądziłam, że moja większa przygoda z trądzikiem zacznie się… po trzydziestce. A jednak. Kiedy skończyłam 30 lat, moja skóra nagle zaczęła wariować. I mówiąc „wariować”, nie mam na myśli jednego pryszcza przed okresem. Pojawił się naprawdę mocny trądzik, z którym wcześniej nie miałam takich problemów. Najbardziej frustrujące było to, że kompletnie nie wiedziałam, skąd się wziął. Robiłam wtedy mnóstwo badań. Sprawdzałam tarczycę, hormony i inne parametry, szukając przyczyny gdzieś „od środka”. I właściwie wszystko wychodziło dobrze.
Myślę, że moja skóra postanowiła wyrzucić z siebie wszystko, co zbierała przez lata. Może magiczna trzydziestka przyniosła jakieś zmian zachodzące wtedy we mnie i w moim życiu. Nie wiem. I chyba już nie muszę wiedzieć. Wiem natomiast, że wtedy naprawdę mocno odbiło się to na moim samopoczuciu.
Dzisiaj prawdopodobnie mówiłabym o tym na Instagramie otwarcie. Pokazałabym Wam swoją skórę w trakcie, powiedziała, z czym się mierzę i pewnie zrobiłabym z tego całą serię stories. Ale pięć lat temu byłam trochę inną osobą. Już wtedy mocno pracowałam nad sobą, swoim poczuciem własnej wartości i akceptacją siebie, ale nie byłam jeszcze dokładnie w tym miejscu, w którym jestem dzisiaj. Dlatego trądzik próbowałam przede wszystkim ukrywać, nie w internecie, w życiu. Nie mówiłam o nim. Maskowałam go wychodząc z domu i chciałam po prostu jak najszybciej się go pozbyć. Możemy mówić o samoakceptacji, możemy powtarzać, że wygląd nie definiuje naszej wartości i ja absolutnie się z tym zgadzam. Ale jednocześnie nie będę udawać, że nagłe pojawienie się mocnego trądziku na twarzy jest czymś łatwym. Nie jest. Myślę, że każda osoba, która przez to przechodziła, doskonale wie, o czym mówię. Patrzysz w lustro i zamiast patrzeć na siebie, zaczynasz widzieć przede wszystkim swoją skórę.
W końcu trafiłam do dermatologa…
Po różnych próbach trafiłam w końcu do dermatolożki, która przepisała mi preparat z retinoidem na receptę (niestety nie pamiętam co to była za maść). I tutaj bardzo ważna rzecz: to nie było tak, że zaczęłam go stosować, minęły dwa tygodnie i nagle obudziłam się z idealną cerą. Nie. Cały proces wychodzenia z trądziku zajął mi około ośmiu miesięcy. Osiem miesięcy systematyczności, cierpliwości i działania. I myślę, że to jest coś, o czym mówi się zdecydowanie za mało. Kiedy zaczynamy pielęgnację czy leczenie skóry, chcemy efektów TERAZ. Tymczasem skóra ma swój rytm i czasami potrzebuje naprawdę wielu miesięcy, żeby dojść do równowagi.
U mnie podstawą były retinoidy, ale w międzyczasie korzystałam również z profesjonalnego oczyszczania skóry u osoby, która naprawdę wiedziała, co robi (oczyszcanie manualne). Absolutnie nie bawiłam się w samodzielne wyciskanie zmian przed lustrem (chociaż na początku to robiłam – nie bawcie się w to). Korzystałam też z zabiegów Retix.C. I krok po kroku moja skóra zaczęła wyglądać coraz lepiej.
Moja skóra dzisiaj:

Retinoidy zostały ze mną na dłużej
Kiedy trądzik w końcu odpuścił, nie chciałam wracać do punktu wyjścia. Moja skóra nadal ma tendencję do zaskórników i wyprysków. To się nie zmieniło, czasem coś wyskoczy. Po prostu dzisiaj zdecydowanie lepiej wiem, jak o nią dbać. I właśnie dlatego retinoidy zostały w mojej pielęgnacji do dziś.
Przez te lata stosowałam różne produkty z retinolem, a obecnie używam retinalu w stężeniu 0,1%. Zastanawiam się też nad przejściem na wyższe stężenie (0,2%), ale oczywiście robię to rozsądnie i obserwuję swoją skórę. Retinoidy dały mi przede wszystkim ogromną zmianę w strukturze skóry. Mam znacznie mniej zaskórników, moja skóra jest gładsza, pory są mniej widoczne, a niedoskonałości pojawiają się obecnie głównie przed okresem i nawet wtedy jest ich naprawdę niewiele. Plus oczywiście retinoidy świetnie sprawdzają się w pielęgnacji anti-aging. Nie mam już zmian trądzikowych takich jak kiedyś. I kiedy przypominam sobie, jak wyglądała moja skóra wtedy, a patrzę na nią dzisiaj… różnica jest ogromna.
I jeszcze jedna ważna rzecz: retinoidy trzeba stosować z głową. Nie zaczynamy od najmocniejszego produktu tylko dlatego, że chcemy najszybszych efektów. Skórę trzeba do nich stopniowo przyzwyczajać. Przy problematycznej cerze warto też skonsultować pielęgnację z dermatologiem/kosmetologiem, szczególnie jeśli mamy aktywny, nasilony trądzik. Pamiętajcie też o SPF. Ochrona przeciwsłoneczna przy retinoidach (i nie tylko) to dla mnie absolutna podstawa.
Poniżej bardzo fajne retinole. Używałam dość długo tego z Anua, potem przerzuciałm się bezpośrednio na retinal.

Poniżej retinal (czerwony) od marki SKN HOUR, którego aktualnie używam w stężeniu 01%. Teraz zastanawiam się czy nie przerzucić się na ten z Annani 0.2%. Przy retinoidach podstawa to SPF. Pamiętajcie o tym! 🙂

Sama pielęgnacja to jednak nie wszystko
Nie chcę tworzyć historii pod tytułem: „nałożyłam retinol i wszystkie moje problemy zniknęły”, bo tak nie było. Dzisiaj dbam o skórę na wiele różnych sposobów. Pilnuję nawodnienia (to jest podstawa w zdrowym wyglądzie cery), zwracam uwagę na dietę i suplementację (olej z wiesiołka, kolagen), mam swoją przemyślaną pielęgnację domową i korzystam z zabiegów (np. regularnie wykonuję mezoterapię -zazwyczaj w seriach dwa razy w roku i widzę, że moja skóra bardzo ją lubi). Ale jeśli miałabym wskazać jeden element pielęgnacji, który towarzyszy mi od czasu walki z trądzikiem i do którego naprawdę mam ogromne zaufanie, byłyby to właśnie retinoidy.
Czego nauczył mnie trądzik?
Przede wszystkim cierpliwości do swojej skóry i tego, że na efekty trzeba poczekać. Tak jest ze wszystkim. Z retinoidami, z wcierkami, z suplementami. Nie ma magicznego produktu, który w tydzień zmieni to, co zmienić chcemy. Efekty przychodzą z czasem, ale tylko pod warunkiem, że jesteśmy sumienni.
PS. To jest opis mojego doświadczenia i tego, co sprawdziło się u mnie, a nie porada medyczna. Przy trądziku, szczególnie nasilonym lub nawracającym, warto skonsultować się z dermatologiem i dobrać leczenie oraz pielęgnację indywidualnie.









